Spośród wszystkich polskich jazzmanów, Tomasz Stańko ma największy wpływ na współczesne brzmienie i sznyt naszej lokalnej, nadwiślańskiej sceny. Biorąc poprawkę na jego ponadpaństwowe dokonania, medialną rozpoznawalność i to jak się nosił i myślał, a nie tylko grał, rzeczone zdanie może się wydać truizmem. Powody takiego stanu rzeczy są jednak nieporównywalnie głębsze, metafizyczne wręcz.

Często wracam do chwili, kiedy jako niezbyt jeszcze opierzony, młody pismak szedłem Solcem na audiencję u pana Tomasza. Zziajany, spóźniony i zawstydzony tym, że mam mu zaraz wręczyć zgrzewkę Red Bulla – pod którego auspicjami odbywało się nasze spotkanie – zupełnie nie mogłem zebrać myśli. Moja niezdecydowanie w moment jednak uleciało, gdy padł pierwszy niewymuszony żart, dystans został niezauważalnie skrócony, a ja spotkałem jego skupiony, świdrujący wzrok; charyzmatyczne, głębokie spojrzenie, w którym odbijała się pewność, doświadczenie i – przede wszystkim – ciekawość świata, który stał wówczas przed nim w postaci… mnie, maluczkiego. Kolejne dwie godziny widzę dziś jako jeden z najważniejszych fundamentów mojej drogi dziennikarskiej – zapis przemyślanej i wypracowanej otwartości, dogłębnie świadomej wolności i czystości widzenia, która pozwalała mu po wielokroć patrzeć daleko, daleko w przód. Pociąga mnie właśnie różnorodność. Inspirują mnie te szalone, pełne wrażeń, czasy. To jak patrzę na artystów z zupełnie różnych nurtów, którzy współpracują ze sobą, jak różne gatunki mieszają się i przeplatają – to pierwszy fragment wywiadu, który ukazał się w 2011 roku, w magazynie Red Bulletin, a dziś po trzynastu latach, wciąż jest równie aktualny. Ba, biorąc poprawkę na to jak bardzo zmienił się rynek muzyczny w tym czasie, być może nabiera on jeszcze większej wagi – Tolerancja, która jest tak bardzo istotna w życiu, jest piekielnie ważna również w sztuce. Czasem nawet na siłę warto się zmusić, żeby czegoś posłuchać; żeby pielęgnować w sobie szacunek dla inności. Nawet jak leci disco polo, trzeba czasem usiąść i z powagą nadstawić ucha; postarać się zrozumieć jakie były intencje ludzi, co to robią, bo na pewno były dobre. Codziennie należy ćwiczyć swoją otwartość na sztukę, a nie zawsze ufać tylko rozumowi i kulturze.
Nigdy się nie wkręciłem w dorobek Stańki – nie skupiłem się na tyle, żeby to wszystko przegrzebać, przesłuchać i zaczerpnąć z tego to, co bym chciał. Pamiętam wręcz taką sytuację z którejś Jesieni Jazzowej – to był koniec mojej podstawówki albo początek gimnazjum i jakoś tam już kminiłem ten jazz, coś nawet zaczynaliśmy grać, więc poszedłem na jego koncert do BCK-u. Support mi się mega podobał, bo to był jakiś taki żwawy modern jazz, a później wyszedł pan Tomasz – coś tam dmuchnął w trąbę i zaczął się wentylami bawić… CO TO WOGLE JEST?!? To jest niby jego festiwal?!? Nie wiem zupełnie o co chodzi?!? WYCHODZĘ! – żywo odtwarzając te młodzieńcze emocje mówi Jan Pieniążek, uczeń Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. Stanisława Moniuszki w Bielsku-Białej, Młody Muzyk Roku 2020 (wyłoniony w konkursie zorganizowanym przez TVP Kultura i Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu) i jeden z najciekawszych perkusistów na współczesnej scenie (ponad)jazzowej; schowany za bębnami, urokliwy rytmik zespołów USO 9001 i Kosmonauci, a także szeregu mniej lub bardziej efemerycznych projektów improwizowanych – No i wyszedłem na lata, bo dopiero w zeszłym roku miałem oświecenia, jak mnie Envee zaprosił do projektu „Stańko na głos”. Jak usłyszałem fragmenty jego wypowiedzi, na których było oparte całe to słuchowisko, to… MEGA PRZYPAŁ, że w ogóle nie czaiłem tego wcześniej. Nie wiedziałem jak ważna to była postać nie tylko muzycznie ale też filozoficznie. To, co on mówił w tych kilkusekundowych fragmentach, trafiało w samo sedno tego, co ja robię i dlaczego to robię, po co. I od tego czasu jakoś sobie z tym jego dorobkiem romansuję, ale też niekoniecznie muzycznie. To jest dobry duch nie tylko jazzu ale też w ogóle całej muzyki, szczególnie tej tu naszej lokalnej, polskiej.
Przez swoją, zupełnie nieporównywalną do innych muzyków jazzowych, bytność medialną Tomasz Stańko miał bowiem tę rzadką okazję, by w prasie, radiu i telewizji głównego nurtu poruszać kwestie ważkie i uniwersalne. W swoim jasnym i czystym widzeniu świata potrafił ubierać tę rzeczywistość w krótką i wartką frazę metafory, a w tonach, melodiach i rytmach dostrzegać szersze zależności, refleksje i idee. Bo większość ludzi, którzy mają tendencję, do bardzo skupionego głębokiego słuchania muzyki, zostaje w końcu filozofami. Być może jednak to ich filozoficzne zacięcie skłoniło ich do tego, żeby z muzyką obcować w ten właśnie sposób – we wstępie do (wybitnej) książki Davida Toopa „Ocean of Sound” pisał Michael Faber, a Tomasz Stańko był wprost modelowym przykładem tej zależności. Dowodem na to niech będzie kolejny wycinek z naszej rozmowy z 2011 roku, wypowiedź, która wprost idealnie dialoguje z dzisiejszym światem i cytowaną przed momentem wypowiedzią Jana Pieniążka. Epoka mistrzów odeszła, a zastąpiło ją coś co przypomina kulturę Bali – szerokie spectrum ludzi interesuje się sztuką, część ją uprawia, a część konsumuje. To jest inna forma wyrazu artystycznego. Ogólnodostępna, wieloraka forma. Nie ma zapotrzebowania na mistrzów, nauczycieli czy guru, bo wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wszystkiego można się samemu dowiedzieć, o wszystkim samemu zadecydować. Umiejętność samokształcenia zaczyna być niezbędna – mówił wówczas z przyrodzonym sobie ożywieniem pan Tomasz, stroniąc przy tym od tak powszechnych krzywdzących ocen i wyzbytego jakiejkolwiek otwartości trybu, że kiedyś to przecież było – Większość rzeczy jest dzisiaj podobna i tylko wtajemniczeni dostrzegają niuanse. Pomiędzy mainstreamowymi produkcjami nie ma z pozoru zbyt wielkich różnic, jednak dla kogoś, kto choć trochę zna się na muzyce, twórczość Neptunesów czy Timbalanda oddziela od rzemieślniczych, popowych hitów ogromna przepaść. Wydaje mi się, że za czasów Leonarda też były całe tabuny artystów, jednak tylko nieliczni mieli możliwość przebić się do odbiorcy. Dziś jest inaczej. Cała materia ma tylko jedną tendencję – komplikację. Od wielkiego wybuchu, od kiedy pierwszy elektron zaczął wirować, od kiedy powstał pierwszy atom, pierwszy pierwiastek, pierwsza forma życia… Aż nagle w powietrzu zaczął krążyć taki Beethoven. Przecież to też był związek węgla, tyle, że miał tak dziwną chemiczną czy strukturalną budowę, że jego fale mózgowe stworzyły muzykę, którą znamy do dziś.
My zawsze razem chodziliśmy na tę Jesień Jazzową i ja miałem podobnie jak Pieniądz – nic z tego nie rozumiałem, nie wiedziałem o co mu w ogóle chodzi jak te trzy dźwięki z siebie wypuszcza i… nie wychodziłem tylko dlatego, że moja mama, która też jest wielką fanką jazzu mówiła mi zawsze: słuchaj, to się dużo nauczysz – przychodząc w sukurs koledze z zespołów USO 9001 i Kosmonauci, stwierdza Miłosz Pieczonka, kolejny wychowanek młodej, bielskiej sceny jazzowej, za której fundamenty służą Zespół Państwowych Szkół Muzycznych im. Stanisława Moniuszki i dwa opiniotwórcze festiwale jazzowe. Żyjąc pomiędzy Warszawą i Berlinem, ledwie dwudziestoletni saksofonista wydał w zeszłym roku swój solowy debiut – nagrany w trio z Leenym Rehmem na perkusji i Pascalem Jarchowem na kontrabasie, frenetycznie romantyczny album „Asleep” – Kilka lat później, dostałem się po raz pierwszy na warsztaty International Jazz Platform w Łodzi i tam Dominik Wania przyniósł nam do grania utworu Logana Richardsona i właśnie Stańki. Te pierwsze były mega popisane – polirytmie, znaczniki, całe mnóstwo nut – a na te drugie składały się dwie melodie, klucz wiolinowy i… tyle. To było dla mnie WOW i bardzo mi głowę otworzyło. Bo dziś może mi się to wydawać oczywiste, ale wtedy właśnie po raz pierwszy zderzyłem się z tym ile tej muzyki powstaje na żywo – od tamtej pory ilekroć szedłem na Jesień Jazzową czy którykolwiek inny festiwal czy koncert, to zacząłem sobie wyobrażać, co oni mają tam zapisane na tych pulpitach, a co z tego dodają od siebie, w tym nieustannym dialogu z miejscem, czasem i sobą nawzajem. Zespoły USO 9001 i Kosmonauci, w których obu grają Pieczonka i Pieniążek, wykuły się tymczasem w zupełnie niepowtarzalnym na mapie Polski bielskim fermencie jazzowym, ale jednocześnie też wyrosły na kanwie współczesnego eklektyzmu muzycznego i gatunków, w których na pulpitach nie ma często niczego. Nie ma tam bowiem żadnych pulpitów, a ludzie tworzący te nagrania nie umieją zwykle czytać nut. Hiphopowa koda domykająca „Sorry, nie tu” czy różnorakie elektroniczne inspiracje przelewające się przez „Rhesus Albert” wychodzą właśnie z tych miejsc – obszarów nieustannego zasypywania kanonu i mezaliansu sztuki wysokiej z niską (sic!). I choć te procesy toczą się już od dekad, to w ostatnich latach nieporównywalnie przyspieszyły.
Co nieco do dodania ma tu również Tomasz Stańko, lat sześćdziesiąt dziewięć, nagrany w 2011 roku, w swoim mieszkaniu na warszawskim Powiślu: Timbaland, Pharrell Williams, wszyscy ci kolesie od groove’u, tworzą na niuansach. W ich produkcjach jest tyle wyrafinowanych smaczków i pomysłów. To właśnie podoba mi się w popkulturze. Dla jednego hit będzie tylko tanecznym szlagierem, podczas gdy ktoś inny dostrzeże w nim drugie dno. Swego czasu słuchałem sporo Roniego Size’a. To jak on dobiera brzmienia, jak wyszukuje tony. Całe dnie spędza pewnie na grzebaniu w dźwiękach. Zajmuje się tylko groovem – z młodzieńczym entuzjazmem w głosie mówił mi wówczas dobry duch tego tekstu i współczesnej sceny (ponad)jazzowej. I choć przykłady, którymi operował już wtedy były żelazną klasyką muzyki bitowej, to wielu wciąż nie poświęca im należytej uwagi posługując się nadal anachronicznym aparatem badawczym, który sprawdza tylko maestrię instrumentalisty i skalę komplikacji wykonywanego utworu. Zachwycając się co rusz nowymi technologiami, wygłaszając płomienne tyrady w obronie samplingu i auto-tune’a, a także wspominając swoje własne przygody z cytowaniem cudzej muzyki, pan Tomasz tymczasem, zatrzymywał się po wielokroć, żeby zapytać mnie, czego aktualnie słucham, co polecam i co jeszcze, poza Flying Lotusem, ma sobie wpisać w swój wysłużony kajecik. Kilkukrotnie zaznaczał, że zamiast spędzać kilka godzin dziennie nad trąbką, woli je poświęcić na siedzenie z głową w głośniku, bo prawda jest taka, że ćwiczenie ogłupia. Oszołomić nie dadzą się tylko najlepsi, ci którzy umieją to odpowiednio robić – mówił – Żeby uzyskać wirtuozerski poziom gry na skrzypcach – ba, żeby wydobyć z nich choć jedną czystą frazę – trzeba ćwiczyć latami. Producenci pracujący na komputerach i syntezatorach mogą przeznaczyć ten czas na co innego; na niuanse czy brzmienia. Te rzeczy są równie istotne i nie ma sensu ich deprecjonować. To również jest nauka, rodzaj samo-edukacji.

Jako, że pojawiło nam się tu już kilkukrotnie mieszkanie pana Tomasza, a USO i Kosmonauci nie brzmieliby zapewne tak samo, gdyby nie ich ciut starsi koledzy po fachu, muszą się teraz w tym tekście pojawić ludzie, którzy dorobek Stańki znają w pełnej rozciągłości; ba, do niedawna znali też nagrania, których nie miał szansy usłyszeć żaden, nawet najbardziej oddany kolekcjoner jazzowych płyt. Astigmatic Records nie dość bowiem, że wzięło swą nazwę od longplaya, na którym trębacz zarejestrował jedne ze swoich najlepiej rozpoznawalnych fraz, to jeszcze wydało w minionych latach dwie części „Wooden Music” czyli zaginionego w archiwach okresu twórczości kwintetu z Seifertem, Muniakiem, Suchankiem i Stefańskim. Praca włożona w to wydawnictwo przygotowała tymczasem ekipę EABS do zmierzenia się z dorobkiem giganta – własną interpretacją „Purple Sun” nagraną pod dachem jednej z kamienic na warszawskim Solcu. To nie było łatwe, trzeba było się odpowiednio nastawić. Ja tam przyszedłem myśląc sobie, że ok, jestem tu po to, żeby natchnąć tę muzykę powietrzem z tego miejsca, żeby jakoś oddać tę aurę. Bo to jednak była jego przestrzeń – wszędzie wokół są rzeczy tego wielkiego człowieka, który tam żył, tworzył i którym każdy z nas się na różnych etapach i w inny sposób inspirował. To było dziwne, ale ja sobie powtarzałem, że Tomasz Stańko był na tyle otwartą osobą, że chyba by mu się to spodobało. To, że to miejsce nadal tętni życiem twórczym, że odbywają się tam różne procesy myślowo-kreatywne, co na co dzień miało wcześniej tam miejsce – stwierdza Marek Pędziwiatr wspominając sesję nagraniową do albumu „Reflections of Purple Sun”, która odbyła się w mieszkaniu, do którego lata wcześniej szedłem zziajany i spóźniony taszcząc zgrzewkę energetyków. Przyczynków by zmierzyć się z tym materiałem EABS mieli zresztą nieporównywalnie więcej – postać Tomasza Stańki nawiedzała ich bowiem przy pracach nad albumem „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)”, książką dołączoną do płyty „Slavic Spirits” i koncertowym wykonaniem repertuaru Zbigniewa Seiferta; ba, przed laty nawet majaczył na horyzoncie plan wspólnego koncertu w Musinie. Pianista, kompozytor i obdarzony cichą charyzmą lider Electro-Acoustic Beat Sessions, wspólnie z niegrającym na żadnym instrumencie, zakulisowym członkiem załogi, Sebastianem Jóźwiakiem, prędko skręcają więc w niemożliwe tu do spisania pasjonackie rejestry.
Ponad godzina naszej rozmowy upływa na porównaniu koncepcji z „Purple Sun” pojawiających się na drugiej części „Wooden Music” i kanonicznym wydaniu albumu, a także dyskusji na temat tego czy „Astigmatic” nie jest przypadkiem polskim „A Love Supreme” czyli najbardziej uduchowioną polską płytą jazzową lat sześćdziesiątych. Pod koniec tej pogadanki dochodzimy jednak do kwestii kluczowej w dorobku Tomasza Stańki czyli tego jak obsługiwał on dojmująco polską dychotomię romantyzm versus pozytywizm. Mam wrażenie, że międzynarodowa kariera Stańki w ogromnym stopniu wynikała z tego jak bardzo był on polski. To chyba właśnie tę jego odrębność kulturową pokochał świat – jego romantycznego ducha i pozytywistyczne nastawienie do ciężkiej pracy, którą zajął się po tym jak już zerwał ze swoimi nałogami. Nawet przez moment nie wstydził się on swojej polskości, a przecież u wielu innych reprezentantów starszych pokoleń nastąpiła pewna amerykanizacja. Wielu młodych muzyków tymczasem zaślepionych jest dążeniem do tego odmienianego przez wszystkie przypadki „światowego poziomu”, który naprawdę nie mam pojęcia, co znaczy – mówi Sebastian Jóźwiak, który na temat tego jak rzeczona polskość realizowała się w muzyce rozrywkowej drugiej połowy XX wieku napisał pokaźny booklet dołączony do limitowanego wydania „Slavic Spirits”. Refleksja nad naszą narodową specyfiką towarzyszy tymczasem większości nagrań realizowanych przez Astigmaticową ekipę nieważne czy swoje nagrania podpisują oni akurat nazwami EABS, Błota czy Zimy stulecia.
I tu znów sięgnę po cytat z naszego pierwszego spotkania z Tomaszem Stańko, który opowiadał mi o tym jak fascynacja jazzowym życiem przykryta została w końcu miłością do samej muzyki; dźwięków w których wybrzmiewa ten jeden konkretny człowiek, który właśnie gra. Jazz był dla mnie czymś takim dla Francisa Scotta Fitzgeralda epoka jazzu. Był nie tylko muzyką, ale także sposobem na życie, synonimem zachodniej kultury i oznaką wolności. Oprócz samego piękna dźwięków, to właśnie te rzeczy sprawiły, że tak bardzo wsiąkłem. Z początku może nawet to one pociągały mnie bardziej. Kontrastujący z siermiężną rzeczywistością komunistycznej Polski koloryt i pełnia życia: stroje, marynarki, amerykański styl – jazz i coca-cola, jak mówili nasi wrogowie. Przy którymś spotkaniu Komeda usłyszał przecież, że „Korea płonie przy dźwiękach jazzu, a kolega Trzciński uprawia tą muzykę.” Ja byłem, co prawda, już z późniejszego pokolenia, ale otarłem się o te realia, a że mam skłonności do anarchizmu i przeciwstawiania się, prędko i mocno zaangażowałem się w jazz. I jak już zacząłem się wciągać, to dopiero wtedy urzekło mnie piękno tej muzyki i urzeka mnie ono do dziś – wspominał w Red Bulletinie, by chwilę później odnieść się do konkretnego przykładu tego jak wywiedzione z Ameryki wzorce się lokalizują i obrastają we właściwy danemu miejscu kontekst- W improwizacji często zdarza mi się nawiązywać do czegoś, co wcześniej usłyszałem. Wydaje mi się, że jeśli użyłbym linii basu z „Africa/Brass” Coltrane’a, to ona byłaby już moja. Wykorzystując fragment całości, tchnąłbym w niego mój feeling i stałby się on zupełnie czym innym, byłby dla mnie tworzywem. Ten dźwięk czy melodia przeszedłby przez mój mózg i stał się częścią mojego ja. Jak rozwodziłem z moją żoną, Joaśką, słuchaliśmy Steviego Wondera. Do dziś świetnie pamiętam tę melodię i kiedy gdzieś ją słyszę to kojarzy mi się ona z tamtym uczuciem. Jeśli wstawiłbym ją w swój utwór, to miałaby ona zupełnie inne odniesienie, znaczyła by coś kompletnie innego, stałaby się moim utworem.
Co mnie najbardziej fascynuje w tej (z braku lepszego określenia) nowej fali polskiego jazzu – poczynając od pierwszych płyt EABS, aż po „Generację JAZZ” czyli próbę uchwycenia jeszcze młodszego pokolenia na kompilacji wydanej przez U Know Me Records – to właśnie człowiek. Jego doświadczenia, gusta i emocje, jego miejsce na świecie i czas, w którym tworzy wydają się tu być nieporównywalnie ważniejsze niż jakiekolwiek gatunkowe definicje, ba, kiedy pisałem liner notesy na okładkę USO 9001, muzycy wręcz prosili mnie o to, żeby słowo jazz nie padło tam ani razu. Podobnie jak 90sowe rozdanie krajowej sceny – z yassem i Lado ABC na czele – nowa gwardia wymyka się bowiem prostym kategoryzacjom i przestarzałym, książkowym definicjom, jednak w przeciwieństwie do tych środowisk odcina się od żartu i zgrywy, które napędzały większość ówczesnych dokonań. Nie zawsze świadomie i tylko czasem wprost, zbliża ich to natomiast do Polish Jazzowego środowiska spośród, którego Tomasz Stańko zdaje się być najważniejszym punktem odniesienia. Kiedy więc na ulicach warszawy pojawiają się kolejne tagi z logo klasycznego labelu, do sklepów trafia nie tylko „Reflections of a Purple Sun” ale również „Better” Tomasza Dąbrowskiego i zespołu The Individual Beings, a Maciej Obara reinterpretuje repertuar mistrza w projekcie „Bluish Landscapes”.

Bo czasami lepiej się dogadasz ze swoim dziadkiem niż z ojcem – bardziej jesteś zainteresowany tym, co on przeżył, więcej nauki możesz wyciągnąć z tego, co mówi i te emocje, które was łączą są nieco mniej wybuchowe – stwierdza Sebastian Jóźwiak, po czym zaraz odnosi się do wspomnianej dynamiki na 90sowej, polskiej scenie – Wpływ Stańki w tamtym czasie nie mógł być jeszcze tak wielki, bo on sam żył jeszcze wtedy i tworzył. Jego kariera właśnie się na powrót rozbudziła, po tym jak wyleczył się ze swoich wcześniejszych nawyków i przyzwyczajeń, ze świeżo podpisanym kontraktem z ECM. Ludzie najlepiej znają i kochają właśnie ten okres – melancholijny, poważny i do cna polski. I tu wraca ten dziadek, który o Polskę walczył, a ojciec zwykle po komunizmie miał czkawkę i tylko w stronę Ameryki nieustannie z tęsknotą spoglądał – filmy na VHSach oglądał i marzył o karierze od pucybuta do milionera. Tworząc muzykę dojmująco lokalną, nad wyraz osobistą i pozbawioną przy tym żadnych kompleksów, młody polski jazz z coraz większą swadą radzi sobie tymczasem za granicą i – co warto tu podkreślić – nie tylko w gatunkowej niszy, ale w rozległym obiegu muzyki wszechgatunkowej. Kolejne płyty z logiem Astigmatic Records odbijają się szerokim echem w światowych mediach i wyprzedają się w zagranicznych sklepach, a tegoroczna trasa Kosmonautów rozciąga się pomiędzy Berlinem, Rygą i Zagrzebiem. Nie wiem nawet ile rzeczy ja teraz mogę zrobić przez to, że Stańko zrobił je wcześniej, ale jestem pewien, że w chuj – mówi Jan Pieniążek, a pan Tomasz gdzieś tam pewnie się uśmiecha na ten swój charakterystyczny zawadiacki sposób. I choć z naszej rozmowy dla Red Bulletinu zostały wycięte wszystkie przekleństwa, to w tym cytacie na pewno też pojawiła się gdzieś jakaś soczysta, dźwięczna kurwa. Jazz cały czas się odradza i zmienia. Dał on też początek wielu nowym trendom w sztuce, stworzył podwaliny pod popkulturę, która panuje dziś niepodzielnie. Patrząc na artystów, którzy w swoich eksperymentach oddalili się od publiczności, a teraz do niej wracają, cieszę się z takiego rozwoju wypadków – mówił w tym 2011 roku, a w jego słowach wybrzmiewały tylko radość, ciekawość i optymizm – Stare gatunki wciąż istnieją, gdyż w muzyce, podobnie jak w życiu, nie ma ostrych granic; generalnie jednak sztuka przez duże S – w której obowiązywali mistrzowie tacy jak Leonardo Da Vinci czy Picasso – odchodzi do historii. Zaczyna ona przybierać nową formę, ma inny charakter. Musimy się liczyć ze zjawiskami takimi jak Lady Gaga czy kinowe blockbustery, z widowiskami w których najważniejszy nie jest już kunszt. Popkultura jest bardzo ekspansywna, ale jest też piękna, sprawiedliwa i liczy się ze zdaniem mniejszości. Nie mogę zrozumieć niektórych publicystów, którzy mają żal do telewizji, że jest kierowana do wszystkich. Są w niej przecież programy, które nie są pospolite. Może nie ma wystarczającej ilości satelitów, żebyśmy mogli ściągać co chcemy. Mamy jednak guziki i wolną wolę. Możemy nie oglądać, nie słuchać, możemy robić co chcemy!