Dwunastego kwietnia 2024 roku ukazał się solowy album Shabaki Hutchingsa, „Perceive It’s Beauty, Acknowledge It’s Grace”, longplay będący kolejnym kolejną płytą w jego pokaźnej dyskografii, a jednocześnie noszący wiele znamion debiutu. Podobnie jak wiele pierwszych krążków jest on bowiem utkany ze wspomnień, niepokojów i gremialnego, zbiorowego muzykowania. Czegoś, czego nie zabrakło podczas koncertu brytyjskiego rewolucjonisty w Jassmine.
I am your future, I water the flower of your past. I was your song of unity, but know that you are far flung, you are withered and dismembered, but you shall bloom again! – w tytułowym utworze z wydanego w 1985 roku albumu „Songs of The Motherland“ intonuje AnkAnum czyli Anum Iyapo, brytyjski (dubowy) poeta, retor i grafik odpowiedzialny za okładki wielu klasycznych płyt Kinga Tubby’ego czy Jah Shaki. Jego głos jest skupiony i natchniony, a towarzyszący mu w tej oracji, tradycyjne rastafariańskie bębny nyabinghi pogłębiają jeszcze wrażenie obcowania z modlitwą. Debiutancki – i do dziś jedyny – longplay Iyapo jest tymczasem wprost wybitnym przykładem dubowej poezji, którą można wymieniać jednym tchem z takimi działami jak „Tales Of Mozambique” Counta Ossie i „Bass Culture” Lintona Kwesi Johnsona, „Rasta” Benjamina Zephaniaha i „Outcry” Mutabaruki. W przeciwieństwie do tych krążków jest on jednak znany tylko nielicznym i nawet niektórym dziennikarzom muzycznym zdarza się zapytać Shabakę Hutchingsa dlaczego sięgnął po niego, nagrywając swój zeszłoroczny, długogrający solowy debiut. „Perceive It’s Beauty, Acknowledge It’s Grace” domyka natomiast reinterpetacja „Songs of The Motherland“ dlatego, że jest to płyta, którą brytyjski jazzowy rewolucjonista zna od pierwszych miesięcy swojego życia – momentu, w którym jego tata zaczął ją nagrywać. Shabaka jest bowiem synem Anuma Iyapo, a jego niedawne muzyczne poszukiwania bardzo zbliżyły go do ojca. Bo choć jamajskie tradycje dubowe z historią jazzu splatają się tylko okazjonalnie, to ich fundamenty są bardzo podobne. Oba te nurty są przecież kwiatami wyrosłymi na gruncie czarnej przeszłości – wspólnotową pieśnią, która czasem podsycha i bywa dzielona na składowe, ale zawsze na powrót kwitnie.
„Perceive It’s Beauty, Acknowledge It’s Grace” pięknie się wpisuje w aktualny zwrot duchowy, cyklicznie nachodzącą ludzkość erę wodnika, która skłania co bardziej wrażliwe jednostki, żeby na powrót sięgnąć po instrumenty napędzane powietrzem – głos ludzki, flety czy piszczałki – i tak bardzo prymarne dla człowieka potrzeby metafizyki i bycia razem. Zanim bowiem Shabaka Hutchings dał się poznać światu jako lider i saksofonista w takich kolektywach jak Sons of Kemet, The Comet is Coming czy Shabaka and the Ancestors słuchał tylko swojego oddechu udźwiękowionego za sprawą klarnetu. Nie ważne czy jego rodzina była akurat na Barbadosie czy w Londynie, brał on swój instrument i grał – klasykę i calypso, pod tradycyjną muzykę z Karaibów i bity z wysłużonych kompaktów Nasa czy Biggiego, z London Improvisers Orchestra, Mulatu Astatke and the Heliocentrics i Floating Pointsem. Mój nauczyciel w szkole podstawowej powiedział mi „muzyka nie jest trudna, po prostu ćwicz ją mechanicznie, a potem się zrelaksuj i pozwól swojej duszy zabłysnąć”. Trzymam się tego stwierdzenia całe życie – ucząc się jak muzyka i instrumenty różnych kultur odnoszą się do mojej osobistej wizji dźwięku – to cytat z Shabaki widniejący na jego stronie internetowej, a jednocześnie credo artystyczne, którym można podsumować jego nie tak znowu długą acz bogatą drogę artystyczną, która zaprowadziła go po latach do studia nagraniowego (Rudy’ego Van Geldera), w którym zarejestrował „Perceive It’s Beauty, Acknowledge It’s Grace”. To jaka muzyka i które konkretne instrumenty miały największy wpływ na jego wizję dźwięku wynikało tymczasem z ludzi, z którymi Hutchings miał okazję się zetknąć w etnicznym tyglu Londynu.
Sporą częścią tworzenia muzyki jest przebywanie pośród muzyków bez konieczności grania czy próbowania, tylko po to, żeby zrozumieć skąd się oni wzięli – w książce podsumowujące działalności Total Refreshment Centre pod tytułem „Make Some Space” stwierdził Shabaka Hutchings. Spuścizna tegoż oddolnego centrum kultury powstałego w dzielnicy Hackney wprost idealnie natomiast wpisuje się w długą i bogatą historię brytyjskich ośrodków artystycznych, z których co jakiś czas wychodzą na świat kolejne pokolenia twórców i często wręcz globalne, brzmieniowe trendy. To właśnie z tego typu przyczółków, wyrosło współczesne wyspiarskie poruszenie jazzowe, które tyle samo zawdzięcza historii tegoż gatunku ile dziejom… wszystkich innych. W budynku przy Foulden Road Shabaka miał okazję spotykać się między innymi z Henrym Wu (Kamaal Williams), Kieranem Hebdenem (Four Tet) czy Louiem Vegą (Masters at Work), Gillesem Petersonem, Joem Armonem Jonesem czy Scratchą DVA. Posiadanie miejsca, w którym ludzie z różnych sektorów muzyki i sztuki spotykają się, jest naprawdę ważne – w tomie autorstwa Emmy Warren kontynuuje Hutchings – Rzeczy, które wnoszą doprawdy radykalną, kreatywną energię zaczynają się zawsze od ludzi z pasją i pomysłami, którzy próbują znaleźć sposoby na to, żeby jakoś to zrealizować. Potrzeba nieco szaleństwa i… porzucenia, aby do tego doszło; często dzieje się to na marginesie tego, co legalne. I choć Total Refreshment Centre (po odebraniu im licencji przez władze dzielnicy Hackney) nie działa już jako przestrzeń koncertowa, to wciąż pozostaje ważnym miejscem na kreatywnej mapie Zjednoczonego Królestwa. Obok promotorskiej inicjatywy znanej jako Jazz re:freshed i programu stypendialnego dla czarnych, żeńskich i ekonomicznie nieuprzywilejowanych muzyków nazwanego Jazz Warriors, TRC pozostaje fundamentem dla międzystylowego poruszenia, które wytwórnia Soul Jazz Records starała się podsumować albumem „Kaleidoscope: New Spirits Known & Unknown”. To właśnie te strefy stały się żyzną glebą dla powstania takich zespołów jak Sons of Kemet, The Comet is Coming czy Shabaka and the Ancestors; to właśnie z nich wyrosło ziarno „Perceive It’s Beauty, Acknowledge It’s Grace”.
W nagraniu jego pierwszego, solowego longplaya, Shabakę wsparli więc muzycy jazzowi tacy jak Carlos Niño, Miguel Atwood-Ferguson czy Brandee Younger, ale też wokaliści w osobach Mosesa Sumney’a, Saula Williams czy Elucida; ambientowy mistyk Laraaji, elektroniczny poszukiwacz Floating Points i od niedawna znany ze swojej fascynacji instrumentami dętymi drewnianymi André 3000, wokalistka Lianne La Havas i od lat już będący na swojej wokalnej emeryturze ojciec Hutchingsa, Anum Iyapo. Podobnie jak wydany cztery dekady temu debiutancki krążek AnkAnuma, album jego syna realizuje się pomiędzy gatunkami, nurtami i czasami – utkany jest z pamięci, lęków i wspólnotowości. Ta pierwsza realizuje się nie tylko jednostkowo, ale też szerzej jako czarna historia naszej planety, te drugie okazują się uniwersalne, a o trzeci z tych elementów należy nieustannie dbać, bo wspólne muzykowanie (i przebywanie pośród muzyków) jest jednym z niewielu sposobów na krzesanie tej radykalnej, kreatywnej energii, która wybucha niekiedy doprawdy zapierającymi dech w piersiach nagraniami. Jest to energia zaprzeszła, a jednak ze swadą wyglądająca przyszłości, przez lata, które minęły od ostatniego duchowego poruszenia w dziejach jazzu nieco podeschła i podzielona została na różne składowe, acz tu znów kwitnie i zachwyca. Napędza ją powietrze i tak bardzo prymarne dla człowieka potrzeby metafizyki i bycia razem – chęć wspólnego oddychania w jednej przestrzeni i tym samym rytmie, ku czemu okazja nadarzyła się siódmego listopada 2024 w naszym stołecznym przyczółku międzystylowej muzyki jazzowej, klubie znanym jako Jassmine.